niedziela, 27 września 2015

Sylwia

Co by tu można jeszcze dodać, do tak uroczystego dania na kolację, idealnego na uczczenie czterdziestolecia -pomyślała Sylwia. Przez jedną sekundę przeleciały jej przed oczami, wszystkie dalekie i bliskie podróże po świecie, wraz ze wszystkimi przysmakami tego świata, które miała okazję zaliczyć, poszufladkować i na jej dysk twardy wrzucić. Miała tak dobrą pamięć do tych rzeczy, że potrafiła obudzona w środku nocy dokładnie opisać smaki i zapachy danej potrawy, sytuacje i miejsca w jakich je poznała i nawet ile kosztowały, pomimo, że nie ona za nie płaciła. Nie pamięta tylko z kim te chwile dzieliła, ale cóż oni zawsze się zmieniali, a do twarzy pamięci nie miała. Dziś był uroczysty wieczór, czterdzieste urodziny nie obchodzi się co dzień, zaprosiła więc sobie do swej posiadłości dwustumetrowej, na najwyższych piętrach tego miasta, Heńka. Młodego pięknego ciałem modela, którego poznała ostatnio w klubie i stwierdziła,że taki prezent jej się należy na tak okrągłą rocznicę. W większym gronie obchodziła już tą swoją pierwszą czterdziestkę, ale w klubie w tłumie obcych przyjaciół, którzy wszyscy zachowywali się jak by chcieli pożyczyć sto złotych, a sami mają przecież miliony, tylko się zniesmaczyła.Teraz liczy na coś więcej, może i serduszko dygnie troszkę, bo Heniuś wart grzechu, a Sylwia nie po to ćwiczy sześc dni w tygodniu na siłce, by teraz zastanawiać się czy podoła małolatowi. Spojrzała w wielkie (dwa na dwa) lustro, przechodząc do salonu po przepis na ośmiornicę, genialne ciało ujrzała pomimo upływu lat, wciąż ładna buzia, tylko oczka jakieś smutne, chyba jakiś wspomagacz by się przydał-pomyślała. Nalała sobie lampkę wina DOBREGO, wypiła duszkiem (w celach zdrowotnych, leczniczych wyjątkowo forma dopuszczalna) i pospieszyła do pracy bo czasu coraz mniej, a Henio nigdy się nie spóźnia, nawet można by powiedzieć, że za szybki jest, dzieciaczek. Tak rozmyślając nalała sobie kolejną lampkę, by tym razem celebrować, ale mleko wykipiało w tym czasie i tak się tym faktem zirytowała, że dalszą karierę kucharki zaniechała, telefon na kuchnię wykonała, wcześniej lampkę zerując w trybie awaryjnym. Wyjaśniwszy wszystko, co by chciała i na którą godzinę w błogi nastrój popadła, ciepło rozlało się po całym ciele, a ona usiadła wygodnie z butelką ulubionego wina i zastanawiała się czy warto nalać do kieliszka. Po chwili wahania, jednak odrzuciła młodzieńcze sposoby spożywania trunków i nalała do kieliszka, a potem zanurzyła się we wspomnienia w minione lata. Minionych mężczyzn, mężów i kochanków, tych ostatnich cały czas więcej niż mężów. A ten Henio co z nim, a w ogóle co z tym wszystkim, żachnęła się Sylwia, bo jak patrzy tak czasami z boku, to oni wszyscy są jak burza piaskowa, wdzierają się czy chcesz czy nie chcesz, a później znikają nagle wszyscy jak ręką uciął. Najczęściej dzieje się tak jak przychodzą święta. Tak to są najgorsze chwile, kiedyś jeszcze jeździła do rodziców na wieś, ale jak koleżanki ze szkolnej ławy dopadły, trudne pytania zaczęły zadawać, jak mąż jak dzieci, to dała sobie spokój z tymi wyjazdami i na kolejne święta w góry pojechała. Tak już tradycją zostało, że święto w górach, albo w obce lądy, byle dalej od wiochy, a wiochy nie lubiła od dawna. I tak rozbeczała się nam nasza Sylwunia i nie wiadomo, czy to wynikiem wypitego wina było, czy wspomnieniem byłych mężów, czy owoców ich miłości, a właściwie ich braku. Wstała i poszła otworzyć drzwi, bo właśnie kolacja wjeżdżała, a telefon od Henia oznajmiał, że książę tuż, tuż. Wszystko na raz napadło Sylwię i nie była pewna co powinna najpierw uczynić, wytrzeć łzy, otworzyć drzwi czy odebrać telefon. Wahanie trwało chwilę, skończyła lampkę, a reszta sama się rozwiązała, jak węzeł gordyjski na pozór nie do ogarnięcia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz