niedziela, 13 września 2015

cytrynka

Jasiu kolejny raz zapukał w szklaną płytkę, oddzielającą go od rzeczywistości, aby sprawdzić czy  tam ktoś jest. Cały czas miał wrażenie, że wywijając łapkami i wyrzucając bezładnie na pozór słowa, jest samotny w swej samotności, a ewentualni podglądacze są zbyt nieśmiali, by mu wynagrodzić te jego harce. Zaczął więc kopać i gryźć zimną, twardą tafle, chcąc uzyskać pewność swej samotności. Wiedział od kolegów ze starszej grupy, że tak może być już do śmierci i dopiero ta doda mu wartości. Przez chwilę pomyślał nawet nad tym, ale odrzucił jako zbyt brutalny środek autopromocji. Jeden starszak który bawił się barwami, cieniami i potrafił gryzmolić farbami całymi dniami, dla wyrazu bólu wzgardy odciął sobie nawet ucho. U nas w szatni chodziła inna wersja wydarzeń, jakoby to Krzysio z III grupy mu to zrobił, bo potrzebował czerwonej farbki. Ale i tak najlepszy w historii naszego przedszkola był magik w grupie pani Halinki, który jak się wkurzył to zatrzymał słońce, bo ciągle mu się kręciło przed jego zwiniętą w rulonik kolorową gazetą. A on uwielbiał patrzeć w niebo, bo tam podobno był już jego dziadziuś, którego kochał nad życie. Ta kolorowa cytrynka co chwilę zasłaniała mu widok przez rurkę i bał się, że przeoczy dziadka. I jak pomyślał tak zrobił, pacnął cytrynkę z całych sił i poleciała jak Oluś, który pierwszy dostał, gdy zatykał gwiazdorowi rurkę dłonią. I jak Oluś zatrzymała się na ścianie i już więcej się nie ruszyła. Kilka dni później ruszył ziemię, bo ciemności zapadły i bał się, że pani Halinka znów zacznie drążyć kto to zrobił, patrząc jednocześnie tylko na niego. Niestety rozbujał troszeczku za mocno matkę ziemię, robiąc z niej taki diabelski młyn i przez pierwszy tydzień cała grupa ......nim się do bujania przyzwyczaiła. Przestraszony efektem przyznał się do wszystkiego pani Halince, ale ta go sprzedała WOŹNEMU i od tej pory miał na głowie Woźnego i ochroniarza. Uprzykrzali mu dalszy żywot, twierdząc, że to niemożliwe (mają na to dowody, ale do tej pory ich nie objawili, to chyba im zginęły). Jasiu natomiast pracował na literkach, tak jakoś miał, że jak je sensownie poskładał to cudne rzeczy tworzył, czasami pięknych rzeczy doznawał. A zaczęło się wszystko, od zabawy czterema literkami a,d,p,u z alfabetu trzydziestu sześciu. Tak się nimi bawił, tak się bawił, aż nagle zrobiło mu się tak ciepło na duszy i nie tylko, że pomyślał, iż odnalazł sens życia, że to, to, to musi być centrum wszechświata. I kolejna konkluzja, jeżeli z czterech literek można zrobić tak wiele, to co można wyczarować z trzydziestu pęciu (a co zrobić w chińskich krzaczkach). Pomyślał z nostalgią, że im człowiek brzydszy się staje, tym piękniejsze rzeczy tworzy. Jasiu rozmarzył się, może i on kiedyś coś wstrzyma, może i on kiedyś coś komuś rozbuja, ale to już marzenia małego Jasia, który może być jeszcze każdym, bo młodość góry przenosi, nie zawsze tam gdzie chce, ale to już inna bajka.

1 komentarz:

  1. I Ty też potwierdzasz, że summa summarum, ostatecznie zawsze chodzi o "a-de-pe-i-u". Ech, "rzyć" ;-)

    OdpowiedzUsuń