poniedziałek, 5 października 2015

Koniec lata

Ostatni już chyba ciepły, słoneczny, beztroski weekend roku 2015, żal siedzieć w domu, a jeszcze większy rozstawać się z ciężko zarobionym groszem, allle jak to w życiu bywa, chuć większa niźli rozsądek i w myśl przysłowia, raz kozie śmierć, poszło po bandzie młode dziewczę i kartę ośmiorniczkę  z najdalszych kątków wygrzebało i na miasto ruszyło. Nie będzie to jednak opowieść o Koziołku Matołku, a o osiołku pantofelku, jak go żoneczka wołać lubiła, gdy dokuczyć mu chciała. Osiołek bo bez szkoły, a pantofelek bo do garów się garnął jak mało który facet. Gdy jednak przychodził czas wolny od pracy, a bywało to sporadycznie, bo pracę lubił jak mało kto, a w jego fachu niestety na okrągło i bez wyjątku piątek świątek, budził się drapieżnik jak to w pantofelku. Nie była to jednak praca premiera, a ciężka robota grabarza, jednego z najlepszych w mieście i dająca jak by nie patrzeć znajomości z największymi tego świata. Może i dlatego nasz osiołek nie czuł kompleksów, że bez szkoły, bez ładnej żony, czy też pieniędzy. On kochał swoją pracę i robił to z oddaniem na trzeźwo, jak niewielu w jego fachu. Na trzeźwo wybrał i poślubił piękne młode dziewczę, ale tyle mu ono teraz kłopotów sprawiało, że pięknoty już w niej nie widział, a jedynie cyferek sporo z minusem je poprzedzającym. Co jedną kartę spłacił, to słoneczko jego kolejną mu podrzucało, a do tego jeszcze nie tłumacząc się wcale. Sylwek miał jednak nerwy stalowe i wszystko cierpliwie znosił, a w dniu dzisiejszym zdecydował się nawet dotrzymać królewnie towarzystwa, choć ta wyjątkowo nie nalegała. Jak szedł do pracy zawsze się irytował, że z ukochaną iść nie może, a ona tak wtedy prosiła, wręcz błagała bidulka, a jemu tak wtedy jej żal było, że wyrzuty wręcz miał, iż zimnych od gorących wolał.Gdy już tak razem sobie na miasto wyszli za rączkę się trzymając jak para nastolatków, Sylwek pomyślał tak sobie, że mógłby tak do śmierci maszerować po wrockowym ryneczku i podziwiać nową kostkę dla szpilek zrobionej, a przez niego teraz niedzielnymi adidasami profanowanej. Ale jako towarzysz szpilkowej damy miał prawo tam se chodzić i jak Pan da straży się nie bał. Zrobiwszy dwie rundy w koło, nikogo znajomego nie spotkawszy w pierwszej lepszej kafejce usiedli. Co podać pani Kasiu - spytała kelnerka. Sylwek już wiedział na co poszły pieniążki, tak ciężko zapracowane, lecz spokój stoicki zachował i dwa słowa dorzucił- To samo. Wahał się czy nie dołożyć- poproszę, ale bał się, aby nie wyjść na prostaka.Wielkich ludzi znał, to maniery dobre miał.                                   CDN

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz